Przejdź do głównej zawartości

Azyl, czyli opowieść żony dyrektora ZOO


Niedawno było nam dane uczestniczyć w pokazie filmowym z cyklu Janusz Wróblewski przedstawia, który odbywał się w Kinie Praha. Tym razem zaprezentowany został film Azyl w reżyserii Niki Caro, a zrealizowany na podstawie słynnej książki Diane Ackerman Azyl. Opowieść o Żydach ukrywanych w warszawskim ZOO. Bezpośrednio po projekcji przewidziana była rozmowa gospodarza cyklu z paniami Teresą Żabińską-Zawadzki - córką państwa Żabińskich oraz Ewą Rembiszewską - Prezes Fundacji Rozwoju Warszawskiego Zoo.

Już na wstępie musimy mocno zaznaczyć dwie istotne rzeczy. Po pierwsze nie jest to film oparty na faktach, a właśnie filmowa adaptacja książki, po drugie jest to film bardzo poruszający co może być istotne dla co bardziej wrażliwych widzów. Oczywiście żadnego z tych faktów nie traktujemy jako wady, ale raczej chcemy w ten sposób pokazać pewne ramy w jakich obraz ten postrzegamy. Inaczej bowiem ocenialibyśmy film oparty na faktach - pewną próbę rekonstrukcji zdarzeń z bardzo tragicznego okresu, w historii Europy, Polski i Warszawy w szczególności, a zupełnie inaczej patrzymy na dwukrotnie przetworzoną historię która stała się kanwą dla książki, a później dla jej adaptacji. Czynimy tak zresztą, ze względu na mocno zaakcentowany apel córki państwa Żabińskich, by oddzielać prawdę historyczną od fikcji literackiej czy wielkiego ekranu. Natomiast co do warstwy emocjonalnej jaką niesie z sobą ten film, to bliskie nam jest podejście, że z jednej strony kino powinno poruszać emocje, a z drugiej - że nie każdy obraz jest przeznaczony dla każdej widowni.



Kolejną ważną kwestią jest fakt, iż akcja filmu co prawda dzieje się na Pradze, ale zdjęcia były kręcone w jej czeskiej imienniczce. Jednak nie ma to wcale większego wpływu na odbiór obrazu, bowiem w bardzo udany naszym zdaniem sposób scenografom udało się tak zaaranżować kadry, że przeciętny widz praktycznie nie zauważy różnicy. Tym bardziej, że współczesny Ogród Zoologiczny w Warszawie w bardzo niewielkim stopniu przypomina swój przedwojenny odpowiednik.

Autorom udało się w bardzo zrównoważony sposób przedstawić zaangażowanie obojga małżonków zarówno w pomoc w postaci potajemnej ewakuacji dzieci i dorosłych z Getta jak i późniejsze udzielanie im tytułowego Azylu w obiektach zaplecza zoo przeznaczonych do zimowania zwierząt (nie trzymano ludzi w klatkach - sic!). Ponadto całkiem sprawnie odmalowano też większość istotnych etapów z historii okupacji Warszawy, od wybuchu wojny i wrześniowych nalotów na stolicę Polski, poprzez stworzenie przez Niemców dzielnicy Żydowskiej i powolnego umierania jej mieszkańców. Dalej przedstawiono działalność agend Judenratu oraz sierocińca prowadzonego przez dr Janusza Korczaka, transporty do obozów koncentracyjnych i Zagłady, a także Powstanie w Gettcie i Powstanie Warszawskie oraz exodus mieszkańców miasta po upadku tego ostatniego. Dobrze też ukazano skalę pomocy dla ludności żydowskiej udzielanej w sposób zorganizowany, pod pozorem prac związanych z prowadzeniem fermy świń na terenie ogrodu zoologicznego. Działalność tę zaczynającą się od zbierania obierków z kuchni w Gettcie co umożliwiało przemyt dzieci i dorosłych pod resztkami pożywienia, poprzez współpracę z komórkami polskiej konspiracji zajmującymi się wyrobem fałszywych dokumentów, aż po wpół jawne wyprowadzanie robotników żydowskich poza teren Getta - sportretowano w sposób umożliwiający nawet laikom zrozumienie ogólnych realiów tamtej epoki. Choć w filmie widzimy przede wszystkim Jana Żabińskiego bezpośrednio zaangażowanego w każdy z tych etapów ratowania Żydów, to jasno z kontekstu poszczególnych scen wynika, że nie działał on w próżni i także jemu udzielano wsparcia i pomocy w tym trudnym przedsięwzięciu. A cały proceder objął jak przywoływała w swej wypowiedzi po projekcji córka Jana, Teresa - objął co najmniej kilkaset osób i był tylko jedną z form podjętych przez ojca aktywności konspiracyjnych.


I tak dochodzimy do kwestii samego Zoo w czasie okupacji. Trafnie w filmie została pokazana zwyczajna kradzież zwierząt, dokonana przez Niemców wobec bezbronnego w obliczu wojennych realiów kierownictwa i personelu warszawskiego Zoo. Zwierząt, które starannie dobrane przez małżeństwo Żabińskich, stanowiły o absolutnie unikatowym i wyjątkowym charakterze, tej bardzo nowoczesnej przed II wojną placówki, stawiając ją w czołówce europejskich ogrodów zoologicznych tego czasu. Oczywiście to rzecz nieporównywalnie dużo mniejszej rangi niż bestialstwo jakiego niemiecki żołdak na rozkaz lub z własnej inicjatywy dopuszczał się wobec kobiet i dzieci żydowskich, co też zostało w filmie ujęte. Nie omieszkano także ukazać całkiem chybionych i niedorzecznych inicjatyw paranaukowych III Rzeszy, jaką była próba odtworzenia wymarłych gatunków, co prawda nie na miarę dinozaurów rodem z Parku Jurajskiego, ale w znacznie bardziej swojskiej postaci Tura związanego historycznie z Mazowszem.

Tu dochodzimy do postaci Lutza Hecka kreowanej przez bardzo charakterystycznego zresztą dla tego typu ról aktora Daniela Brühla, którego z łatwością możemy dobrze pamiętać m.in. ze słynnych Bękartów Wojny. I znów zaznaczyć tu trzeba, że na potrzeby fabuły postać tę wprowadzono jako zebranie pod jednym bohaterem wielu różnych postaci i wydarzeń, które dotykały małżeństwo Żabińskich podczas okupacji. Tak jak i cały wątek obyczajowy, który dodaje tempa i dynamiki akcji filmu, ale przecież nie jest najbardziej istotny. To co naszym zdaniem jest istotne, w tym filmie, to bardzo dobrze pokazane proporcje postaw gdzie Niemiec jest agresorem, Żyd ofiarą, a Polak ostatnim sprawiedliwym. Nie znaczy to oczywiście, że nie było innych postaw i trudny egzamin ocalenia resztek człowieczeństwa, w szaleństwie wojny totalnej zdawali z powodzeniem także przedstawiciele i innych narodów i różnych światopoglądów. Jednak bardzo ważne jest, że w tym holywoodzkim obrazie uszanowano tak często wystawianą na próbę, Polską wrażliwość na zasadnicze prawdy historyczne, szczególnie odnośnie lat II wojny światowej. 


Czy do filmu Azyl można mieć zastrzeżenia, z pewnością tak - jednak nie na tyle istotne by przyćmiły one ten bardzo pozytywny odbiór, jaki był zarówno udziałem naszym, jak i córki państwa Żabińskich. Bo skoro ona pretensji do twórców dzieła nie zgłasza, to i nam wyrażać ich głośno nie wypada. Tym bardziej, że film porusza widza i wciąga go w opowiadaną historię. Ci którzy będą chcieli i czuli taką potrzebę, z pewnością sięgną po publikacje opisujące tę trudną rzeczywistość w o wiele bardziej faktograficzny sposób, jak chociażby Ludzie i zwierzęta pióra Antoniny Żabińskiej. W naszym odczuciu film spełnia znakomicie swe podstawowe zadanie jakim jest upamiętnienie bohaterów i ukazanie szerszej widowni, jednej z najbardziej spektakularnych akcji ratowania Żydów z Getta utworzonego przez Niemców w samym sercu, okupowanej przez nich Europy, gdzie za pomoc udzielną Żydom groziła śmierć.

Na koniec nam nie pozostaje nic innego, jak zaprosić Was na spacer tym razem na prawy brzeg Wisły, zarówno na teren samego ogrodu zoologicznego, jak i do odrestaurowanej staraniem Fundacji Rozwoju Warszawskiego Zoo willi państwa Żabińskich. Jeśli się na to nie zdecydujecie jednak, to niewykluczone, że oba te miejsca w przyszłości opiszemy dla Was na skromnych łamach naszego bloga. Tymczasem mówimy do zobaczenia na warszawskich i praskich brukach stolicy !

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Złoto-Czerwone

Tym razem post będzie nietypowy, bo w zasadzie tylko informacyjny. Każdy bowiem z naszych czytelników chyba wie, a przynajmniej taką mamy nadzieję, jakie są oficjalne barwy i flaga Warszawy. Można je zobaczyć nie tylko na środkach komunikacji miejskiej, ale również w herbie. Flaga składa się z dwóch poziomych pasów o równej szerokości. Zgodnie ze Statutem miasta "Barwami Miasta są kolory żółty i czerwony ułożone w dwóch poziomych, równoległych pasach tej samej szerokości, z których górny jest koloru żółtego a dolny koloru czerwonego".  W wielu źródłach zaś kolor żółty jest zwany kolorem złotym. Decyzja ta wprowadzona została w życie jeszcze w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Bezpośrednio po wojnie jednak nie powrócono do niej. Stało się to dopiero na mocy Uchwały Rady Miasta Stołecznego Warszawy nr 18 z dnia 15 sierpnia 1990 r. w sprawie "przywrócenia tradycji przedwojennej w zakresie herbu, barw miejskich, pieczęci...".  Wielu z naszych czytelników ch

Pan Wołodyjowski na Bielanach

Każdy kto czytał "Pana Wołodyjowskiego" Henryka Sienkiewicza lub chociaż widział ekranizację Jerzego Hoffmana, powinien bez trudu rozpoznać kim jest postać w białym habicie. To pułkownik Jerzy Michał Wołodyjowski, który z inicjatywy miejscowego proboszcza, ks. Wojciecha Drozdowicza, na początku 2008 roku zagościł na wieży kościoła pokamedulskiego na Bielanach. Blisko dwumetrowa postań ma twarz Tadeusza Łomnickiego, a jej autorem jest Robert Czerwiński. Pojawieniu się Małego Rycerza towarzyszyło skomponowanie przez Michała Lorenca hejnału "Memento mori", który rozbrzmiewa z wieży kościelnej. Sam kościół, początkowo drewniany, wraz z budynkami klasztornymi wzniesiony został dla zakonu kamedułów, sprowadzonych z bielan krakowskich, w XVII wieku. Jego fundatorami byli królowie Władysław IV i Jan Kazimierz. W latach 1669-1710, w stylu późnobarokowym, zbudowany został kościół murowany oraz założenia klasztorne wraz z 13 eremami. Wnętrza kościoła zdobi stiukowa

Kim jest Hajota?

Spacerując ulicami często patrzymy na ich nazwy. Gdy noszą one czyjeś nazwisko to w większości wypadków wiemy, lub przynajmniej coś nam się kojarzy, kim ta osoba była, czym sobie na taki zaszczyt zasłużyłam. Zdarza się jednak inaczej, część patronów jest bardzo tajemnicza. O takim właśnie tajemniczym patronie chcemy Wam dziś opowiedzieć. Wśród wielu cichych uliczek na Starych Bielanach znajduje się jedna, która szczególnie nas dziś interesuje - Ulica Hajoty.  Jak podaje Jarosław Zieliński w swojej książce Bielany : przewodnik historyczno-sentymentalny ulica ta istnieje od 1928 roku. Informacja ta znajduje swoje potwierdzenie w książce Jana Kasprzyckiego Korzenie miasta. T. 5 , w którym możemy przeczytać bardzo interesujący fragment.  Właścicielami krasnoludkowych domków byli przeważnie ludzie niezamożni, ale prości i życzliwi, którzy w swych ogródkach chętnie widzieli małych miłośników przyrody. Pozwalali patrzeć z bliska na grządki kwietne i warzywne, na harcujące na s